Tego lata zauważyłam, że niestety prawie nie ma pszczół. Złowrogie przepowiednie o coraz bardziej ograniczanej liczbie tych pożytecznych stworzeń, z roku na rok coraz bardziej się sprawdzają. 

Zapewne nie bez znaczenia była mroźna zima, ale mróz to jedno, a drugie to szkodliwe opryski, stosowane na potęgę w każdym ogrodzie i na każdym polu uprawnym. Mieszkając na wsi obserwuję jak rolnicy stosują chemię. Oprysk nie jest to już niestety konieczność, do której odwołuje się człowiek w ostateczności. Dziś pod każdy krzaczek kapusty, kalafiora czy czegoś innego, nie stosuje się mgiełki, lecz cały strumień agresywnej chemii, którą później kupujemy w warzywniakach i dajemy naszym dzieciom i nam samym. Takie działanie powinno być niedopuszczalne i srogo karane, ale niestety tak nie jest. Rolnicy, (głównie oni) z powodów finansowych stosują środki chemiczne, nie będące obojętnymi dla owadów. Efekt jest taki, że liczba pszczół na całym świecie i w Polsce drastycznie spadła i co najgorsze wciąż maleje. Całego świata nie zmienimy, ale już dziś, każdy na swoją mikro skalę w swoim ogrodzie może przeciwdziałać wymieraniu pożytecznych owadów, tworząc dla nich domki czy też lęgowiska. Najfajniejsze w tym jest to, że każdy własnoręcznie może zrobić takie cudo i to bez większych uzdolnień czy nakładów finansowych. Przydadzą się one nie tylko pszczołom, ale i biedronkom, złotookom i innym małym sprzymierzeńcom 🙂

Ja z moim synkiem (który swoją drogą, miał z tego ogromną frajdę) wybrałam się nad staw i przyniosłam stamtąd suchą trzcinę. Przynieśliśmy łodygi o różnej grubości. Cienkim patyczkiem poprawiłam drożność łodyg, po czy związałam je mocno sznurkiem. Taki pęk trzcinowy przycięłam w miarę równo (musi być równa płaszczyzna) i zawiesiłam w osłoniętym, słonecznym miejscu. Niewykluczone, że jeszcze go zmodyfikuję, ale na razie wygląda tak

Mam nadzieję, że wszelkie pożyteczne stworzenia ogrodowe zadomowią się w swoim hoteliku i nie pozwolą się rozpanoszyć szkodnikom. Liczę na dzikie pszczoły, trzmiele, muchówki, biedronki i inne. Przy ich pomocy nie tylko pozbędę się szkodników, ale i moje kwiaty będą lepiej zapylone.

Domek z trzciny to nie jedyna możliwość. Zamiast tego można użyć innych roślin, które mają w środku puste łodygi. Mogą to być części miskanta olbrzymiego, bambusa, forsycji, maliny. Takie cuda można też wyczarować za pomocą pnia z twardego drzewa i ponawiercanych w nim otworów. Muszą one mieć średnicę od 5 do 8 mm i głębokość od 6 do 10 cm.

Dobrze sprawdzają się drewniane domki (jak dla ptaków) z luźno ułożoną w środku słomą, mchem czy korą. Taki hotelik musi mieć ściany i dach, dobrze osłaniający przed deszczem . No i oczywiście otwory dla owadów 🙂

Jeśli ktoś nie chce z jakiegoś powodu, sam się pobawić w tworzenie czegoś pożytecznego, może kupić gotowy produkt. Na rynku jest ich już dużo.

Wiedzę o tym, jak w tych ciężkich dla owadów czasach, pomagać im, powinno się propagować i np. w przedszkolach lub szkołach podstawowych, ten temat włączać do zajęć. Byłaby wtedy szansa na to, że kiedyś mentalność ludzka się zmieni i zaczniemy dbać o to co dla nas naprawdę wartościowe.

Trzeba w to głęboko wierzyć, a działanie rozpocząć od siebie i swojego skrawka ziemi 🙂